RSS
 

Narodziny

29 sty

Tego dnia o godz. 18.00 miałam wizytę u swojego lekarza prowadzącego, który po badaniu stwierdził, że jeszcze nie czas na rozwiązanie- „ale w każdej chwili może się to zmienić”. Zadowolona, że mam czas wróciłam do domu i spokojnie dokończyłam ostatnie świąteczne przygotowania. Przejrzałam też torbę szpitalną, bo pakowałam ją już tak dawno, że nie pamiętałam co w niej było i poszłam spać.
Bałam się porodu, pomimo, że wszystko miałam omówione z lekarzem i położną liczyłam, że stanie się cud i „ktoś” urodzi za mnie. Czego się najbardziej bałam? Sama nie wiem, chyba bólu i komplikacji.
O 1.27 obudził mnie ból- identyczny z bólem zagazowanego brzucha- od razu przeanalizowałam co jadłam tego dnia i skąd te wzdęcia. Pomimo wizyty w toalecie bóle nie ustępowały co więcej pojawiały się co 20 min. Nie budziłam jednak męża z obawy, że okaże się, że jestem panikarą, bóle przejdą a on niewyspany będzie musiał iść do pracy. Zeszłam więc na dół, zrobiłam sobie gorącą herbatkę i przy choince czekałam na rozwój wydarzeń co 20 minut zwijając się w kłębek z bólu- który był (co dziwne) do zniesienia. W przerwach drzemałam. O godz. 6 wstał mój mąż. Zadzwonił do położnej i poinformował ją o moich odczuciach. Na spokojnie kazała mi wziąć gorącą kąpiel i następnie przyjechać do szpitala. Tak też zrobiłam. W drodze w mojej głowie krążyła tylko jedna myśl- oby to rzeczywiście były bóle porodowe. Bałam się, by nie okazało się że pomyliłam  je ze wzdęciami. Gdy przyjechaliśmy do szpitala okazało się że mój lekarz wraz z położną jest na konferencji. Obiecał, że postara się dojechać najszybciej jak to tylko możliwe i że do tego czasu zajmie się mną inny lekarz. Tak też się stało. Po badaniu ginekologicznym usłyszałam „zaczęło się”. Nie docierało to jednak do mnie, miałam bowiem inne zmartwienie- na salę, gdzie mnie zabrano z racji, że były tam też inne kobiety nie mógł wejść mój mąż. Wszystkie dokumenty musiałam więc wypełnić sama, na szczęście pielęgniarki zostały poinformowane przez mojego lekarza, że jestem Polką więc były bardzo życzliwe. Po całej biurokracji przeszłam na salę porodów rodzinnych, gdzie dołączył Tatuś. Od tej pory wspólnie czekaliśmy- w pierwszej kolejności na lekarza, następnie na rozwiązanie. Był to dla nas czas na rozmowy- chwila zatrzymania w gorączce przedświątecznej. Bóle miałam co 4 min.,  rozwarcie na 3 palce gdy przyjechał lekarz. Po badaniu stwierdził, że zabierają mnie na salę operacyjną, gdyż bicie serca dziecka jest chwilami niesłyszalne i prawdopodobnie- okręciło się pępowiną (co się okazało prawdą). Po 4 minutach znalazłam się na sali w szoku, strachu i sama nie wiem w czym jeszcze. Znieczulenie okazało się bezbolesne, jedynie uczucie zdrętwiałych i ciężkich nóg nie należało do przyjemności. Cała operacja trwałą 25 min- z szyciem. Nie wiem dlaczego mówi się, że to trwa długo. Wszystko tak szybko przebiegło, że do tej pory ciężko mi uwierzyć, że już po. Gdy usłyszałam głos Maleństwa miałam wrażenie, że oglądam kolejny program „porody” i wszystko co się dzieje- dzieje się obok i mnie nie dotyczy. Maleństwo bezpośrednio po porodzie było u taty na rękach w myśl metody „skin to skin”. Byłam o to nieco zazdrosna, w końcu to ja miałam jako pierwsza wziąć swoje dziecko w ramiona. Cieszę się jednak, że mąż dał radę i etap ten się odbył, to bowiem bardzo ważne. Dzięki temu z perspektywy czasu widzę, że mąż bardzo to przeżył. Nawiązała się dzięki temu pomiędzy nimi silna więź.  Do dzisiaj, gdy Mała płacze w jego ramionach się uspokaja. Wracając do porodu- podczas operacji zadawałam pytania- czy wszystko w porządku, czy już widzi lekarz dziecko, czy będzie bolało i wiele innych…anestezjolog ciągle przytrzymywał mi głowę, bym jej nie podnosiła, gdyż może to spowodować późniejszy silny ból wraz z wymiotami- na szczęście  nie doświadczyłam go. Po przewiezieniu na salę pooperacyjną zostałam podłączona do kroplówek. Nie czułam bólu, miałam jednak silne dreszcze. Po dwóch godzinach był kryzysowy moment- ścierpnięte i ciężkie nogi. Problem polegał na tym, że nie byłam w stanie ich podnieść by zmienić pozycję. Do momentu próby wstania z łóżka to był jedyny ból, jaki odczuwałam. Po 6 godzinach od operacji wraz z pielęgniarką poszłam pod prysznic- najgorszy prysznic w moim życiu- ból przy wstaniu z łóżka nie do zniesienia- wrażenie, jakby wszystko, co mam w środku się rwało. Nie byłam w stanie się wyprostować. Mycie trwało chwilę, oczywiście z pomocą bo sama nie mogłam nawet podnieść ręki by zdjąć słuchawkę prysznicową. Przebrałam się też wtedy w swoje ubrania. Po powrocie do łóżka w pozycji leżącej ból na szczęście był mniej intensywny. Po dwóch godzinach przeszłam na salę, gdzie ku mojemu ogromnemu szczęściu leżała kobieta z cukrzycą ciążową. Gdyby nie ona Maleństwo musiałoby spać w sali Maluszków, dzięki niej jednak zostało za mną. Jestem Jej dłużniczką. Podawała mi dziecko do karmienia, przewijała, prosiła pielęgniarki o środki przeciwbólowe a co najważniejsze była moim tłumaczem, gdy czegoś nie rozumiałam. Przekazywała też informacje które mówił mi lekarz mojemu mężowi :-D Wszystkim kobietom życzę takiej opieki po porodzie, jaką ja miałam ze strony Ildi jak i personelu. Myślę, że pomógł mi w tym wszystkim fakt, że byłam innej narodowości dlatego każdy chciał wypaść jak najlepiej. Poza tym moim lekarzem prowadzącym był ordynator co również miało ogromne znaczenie. Po 45 dniach od porodu mogę stwierdzić, że nie jest to aż takie straszne jak sobie wyobrażałam. Ból w moim przypadku skończył się po tygodniu- w momencie, gdy zastąpił go inny (dla mnie silniejszy) ból piersi, a szczególnie brodawek- o czym w kolejnym wpisie.
Wszystkim przyszłym Mamom życzę szczęśliwego rozwiązania i samych pięknych dni z Maleństwem. Pozdrawiam serdecznie :-D

 

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz