RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Bez kategorii’

Klatka dla królików

09 lip

Tegoroczny polski urlop wakacyjny wykorzystałyśmy w maju. Powodów było wiele: imprezy rodzinne, pogoda (większe prawdopodobieństwo deszczy- przez co nadzieja dla ogrodu, który zostawiam pod opieką Męża ;-) ) oraz świadomość, że wraz z końcem urlopu w Polsce nie kończą się wakacje :lol:  2 tygodnie to baaaardzo krótki czas by nadrobić spotkania z przyjaciółmi. Na szczęście pobyt w kraju zaczęliśmy od wesela- dzięki czemu w jednym miejscu mogliśmy spotkać wiele osób, z którymi dawno się widzieliśmy. O prezencie zamiast kwiatów napiszę kolejny wpis, tymczasem chciałam podzielić się z Wami nowymi członkami rodziny, które przywieźliśmy z wakacji. Są to dwie samiczki; jedna Tola, dla drugiej pomysłu brak. Jeśli macie jakiś pomysł piszcie w komentarzu :-) Króliczki szybko zaaklimatyzowały się w nowym miejscu i zaprzyjaźniły z psem, który nie odstępuje ich na krok. Samiczki mieszkają w tymczasowej klatce, chciałam im kupić domek- ale nie było takiego, jaki sobie upatrzyłam, a na Internecie ceny odstraszają plus koszt zagranicznej przesyłki…Dlatego pomyślałam, że sama coś stworzę. Odwiedziłam kopalnię skarbów- strych i znalazłam wiele listewek i desek z których z 18-miesięczną córcią i wszędobylskim psem może okazać się trudne, ale spróbujemy :-D
Pracę nad klatką rozpoczęłam od wycięcia i skręcenia szkieletu klatki. Później doszły ściany i podłoga- tu z pomocą przyszedł mi Mąż- który ofiarował mi drzwiczki z szafek kuchennych- co więcej dociął i przykręcił. Dla Polek czytających ten blog może być szokiem, że traktuję pomoc stolarską mojego Męża, który nie jest stolarzem jako wyczyn- ale uwierzcie mi na słowo nie znam żadnego mężczyzny (mam na myśli obcokrajowców), który poza wyuczonym zawodem podjął by się innej „domowej” pracy. Może ma to i swoje plusy?? Każdy zawód ma tu pracę. Jednak, gdybym miała czekać na klatkę od stolarza- który od września ubiegłego roku wykonuje mi łuk dzielący salon z jadalnią to odechciałoby mi się tej klatki i królików. Dodam, że łuk w dalszym ciągu nie jest gotowy.

***W tym miejscu powinnam dodać zdjęcia i umieścić wpis, tymczasem minęło 2 tygodnie, wpisu nie umieściłam a klatka skończona. A miałam być systematyczna…ajjjjjjjjj ten czas :-(  **

Króliki wprowadziły się do nowego mieszkania a tymczasowa klatka służy im jako stołówka w ciągu dnia.
IMG_7808

IMG_7916

IMG_7941

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

O spaniu słów kilka…

24 cze

Przed narodzinami dziecka wspólnie z mężem ustaliliśmy, że Maleństwo będzie spało w swoim łóżeczku- a tym samym w swoim  pokoju. Po powrocie ze szpitala miałam obawy, że nie usłyszę, kiedy się obudzi, dlatego przez ok. 3 tygodnie spałam w pokoju dziecięcym na kanapie obok łóżeczka. Po operacji było to dla mnie komfortowe rozwiązanie, bowiem nikt nie „przemieszczał” się na moim łóżku i nie urażał mi rany. Gdy tylko usłyszałam, że Dzidziuś się przebudza wstawałam i karmiłam je na fotelu. Po czym wracałam do łóżka i spałam dalej. Dzięki temu Mąż również wstawał wypoczęty do pracy. Po pewnym czasie jednak, postanowiłam wrócić do sypialni- ale co z Maleństwem?? przecież  łóżeczko się tam nie zmieści, poza tym ustaliliśmy plan. Postanowiliśmy więc, że  na czas karmienia będziemy przechodzić do pokoju Córci. Tak też było przez pewien czas. Mała od początku tylko raz budziła się w nocy, nie było to więc dla mnie męczące. Po pewnym czasie jednak- gdy odkryłam karmienie na leżąco coraz rzadziej przechodziliśmy do drugiego pokoju, a Mała zasypiała przy piersi- z resztą tak jak mama ;-) Doszło do tego, że gdy przenosiłam Małą do kołyski (prezent od znajomych, który zmieścił się w sypialni) budziła się, przez co połowę nocy przesypiała w kołysce, zaś drugą z nami. Mężowi spodobało się to do tego stopnia, że gdy pewnego razu odkładałam ją wieczorem do kołyski stwierdził, że po co wymyśliliśmy takie zasady, skoro tak słodko się nam wspólnie śpi. Nikt nikomu nie przeszkadza, wszyscy się wysypiają. Może w przyszłości, gdy Mała podrośnie będę żałować tej decyzji, puki co jednak Córeczka śpi z nami, a ja cieszę się każdą wspólnie spędzoną chwilą, bo jeszcze wczoraj byłam w stanie błogosławionym, a dziś nasze Szczęście ma już ponad pół roku.


IMG_6661

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

BABY BLUES

07 lut

Borykając się z uciążliwymi przypadłościami ciąży (w pierwszych miesiącach) z niecierpliwością czkałam na rozwiązanie licząc, że macierzyństwo to okres szczęśliwości, który jedynie choroby mogą zakłócić. Miałam nadzieję, że skoro mój organizm się szybko regeneruje to dojdę do siebie w krótkim czasie po porodzie i będę pełną energii „młodą mamą”.  W rezultacie okazało się jednak, że zanim na dobre będę się cieszyć z bycia mamą muszę przejść „chrzest bojowy”. Już w szpitalu zbierało mnie na „płaczki” z nieuwzględnionych powodów. Miałam żal- nie wiedząc do kogo; czułam strach, zmęczenie, ból, którego (jak pisały mądre książki) w moim przypadku nie koił widok Maleństwa. Zamiast cieszyć się szczęśliwym rozwiązaniem przeżywałam okres smutku. Z nadzieją odliczałam dni, kiedy wrócę do domu. Wierzyłam, że „u siebie” poczuję się lepiej. Tak się jednak nie stało. Byle drobiazg wytrącał mnie z równowagi, do tego ciągła chęć płaczu. Nawet okres świąt, które tak lubię oraz bliskość rodziny nie pomagały. Czułam, że świat się dla mnie zamknął. Nie potrafiłam znaleźć żadnej zalety bycia w nowej roli. Wszyscy i wszystko mnie złościło.  A co najgorsze doszedł straszny fizyczny ból piersi- brodawek. On potęgował cały stan. Ich dotyk sprawiał mi ogromny ból- nie mówiąc o karmieniu. Reklamy, filmiki z wypowiedziami karmiących mam były dla mnie fikcją. Obejrzałam w Internecie wszystkie instruktaże. Tym bardziej złościło mnie, że są tam pokazane dzieci, co najmniej 3- miesięczne, które pięknie opanowały umiejętność ssania. A co z tymi, które mają problem?? Miałam chwile zwątpień. Myślałam nawet o przejściu na butelkę. Mama jednak wciąż powtarzała mi, że moje mleko to najcenniejszy pokarm dla mojego skarba i najwygodniejsza metoda karmienia. Gdyby nie Ona dziś musiałabym bawić się w przygotowywanie kaszek, a tak jeżdżąc z małą nie muszę przygotowywać prowiantu, bo zawsze mam go ze sobą ;-) Okazało się też że ból podczas karmienia spowodowany był wędzidełkiem pod językiem. Będąc w szpitalu na zabiegu przecinania go spotkałam się z innymi mamami, których dzieci borykały się z poważnymi chorobami. Uzmysłowiłam  sobie wtedy, że ogromnie grzeszę użalając się nad sobą; są bowiem kobiety- które maja prawdziwe ku temu powody. Człowiek często zamykając się na innych myśli, że jest najbardziej nieszczęśliwym na świecie. Wystarczy jednak, że zmieni perspektywę, z jakiej siebie postrzega i wszystko wydaje się łatwiejsze. Postanowiłam wziąć się w garść. Z pomocą przyszedł mi mój mąż. W momencie gdy on zajmował się dzieckiem- ja wychodziłam na spacery z psem (on też przeżył szok; wcześniej to on był naszym oczkiem w głowie). Świeże powietrze czyni cuda. Po kilku dniach zaczęliśmy spacery z Maleństwem, następnie zakupy- dla mnie najlepsza terapia i planowanie- wyjazd do Polski, organizacja chrzcin itp. Do tego piękna pogoda za oknem. Ból piersi co prawda dalej dokucza, ale da się już go znieść- nie wiem czy się zmniejszył, czy może się już przyzwyczaiłam, ale o tym w kolejnym wpisie. Pozdrawiam wszystkie Mamy, które tak jak ja miały lub mają chwile zwątpienia związane z macierzyństwem. Dajcie sobie czas, skupcie się na tym, co sprawia Wam radość a „zły okres” szybko minie. Dużo słońca dla Was. Pozdrawiam.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Narodziny

29 sty

Tego dnia o godz. 18.00 miałam wizytę u swojego lekarza prowadzącego, który po badaniu stwierdził, że jeszcze nie czas na rozwiązanie- „ale w każdej chwili może się to zmienić”. Zadowolona, że mam czas wróciłam do domu i spokojnie dokończyłam ostatnie świąteczne przygotowania. Przejrzałam też torbę szpitalną, bo pakowałam ją już tak dawno, że nie pamiętałam co w niej było i poszłam spać.
Bałam się porodu, pomimo, że wszystko miałam omówione z lekarzem i położną liczyłam, że stanie się cud i „ktoś” urodzi za mnie. Czego się najbardziej bałam? Sama nie wiem, chyba bólu i komplikacji.
O 1.27 obudził mnie ból- identyczny z bólem zagazowanego brzucha- od razu przeanalizowałam co jadłam tego dnia i skąd te wzdęcia. Pomimo wizyty w toalecie bóle nie ustępowały co więcej pojawiały się co 20 min. Nie budziłam jednak męża z obawy, że okaże się, że jestem panikarą, bóle przejdą a on niewyspany będzie musiał iść do pracy. Zeszłam więc na dół, zrobiłam sobie gorącą herbatkę i przy choince czekałam na rozwój wydarzeń co 20 minut zwijając się w kłębek z bólu- który był (co dziwne) do zniesienia. W przerwach drzemałam. O godz. 6 wstał mój mąż. Zadzwonił do położnej i poinformował ją o moich odczuciach. Na spokojnie kazała mi wziąć gorącą kąpiel i następnie przyjechać do szpitala. Tak też zrobiłam. W drodze w mojej głowie krążyła tylko jedna myśl- oby to rzeczywiście były bóle porodowe. Bałam się, by nie okazało się że pomyliłam  je ze wzdęciami. Gdy przyjechaliśmy do szpitala okazało się że mój lekarz wraz z położną jest na konferencji. Obiecał, że postara się dojechać najszybciej jak to tylko możliwe i że do tego czasu zajmie się mną inny lekarz. Tak też się stało. Po badaniu ginekologicznym usłyszałam „zaczęło się”. Nie docierało to jednak do mnie, miałam bowiem inne zmartwienie- na salę, gdzie mnie zabrano z racji, że były tam też inne kobiety nie mógł wejść mój mąż. Wszystkie dokumenty musiałam więc wypełnić sama, na szczęście pielęgniarki zostały poinformowane przez mojego lekarza, że jestem Polką więc były bardzo życzliwe. Po całej biurokracji przeszłam na salę porodów rodzinnych, gdzie dołączył Tatuś. Od tej pory wspólnie czekaliśmy- w pierwszej kolejności na lekarza, następnie na rozwiązanie. Był to dla nas czas na rozmowy- chwila zatrzymania w gorączce przedświątecznej. Bóle miałam co 4 min.,  rozwarcie na 3 palce gdy przyjechał lekarz. Po badaniu stwierdził, że zabierają mnie na salę operacyjną, gdyż bicie serca dziecka jest chwilami niesłyszalne i prawdopodobnie- okręciło się pępowiną (co się okazało prawdą). Po 4 minutach znalazłam się na sali w szoku, strachu i sama nie wiem w czym jeszcze. Znieczulenie okazało się bezbolesne, jedynie uczucie zdrętwiałych i ciężkich nóg nie należało do przyjemności. Cała operacja trwałą 25 min- z szyciem. Nie wiem dlaczego mówi się, że to trwa długo. Wszystko tak szybko przebiegło, że do tej pory ciężko mi uwierzyć, że już po. Gdy usłyszałam głos Maleństwa miałam wrażenie, że oglądam kolejny program „porody” i wszystko co się dzieje- dzieje się obok i mnie nie dotyczy. Maleństwo bezpośrednio po porodzie było u taty na rękach w myśl metody „skin to skin”. Byłam o to nieco zazdrosna, w końcu to ja miałam jako pierwsza wziąć swoje dziecko w ramiona. Cieszę się jednak, że mąż dał radę i etap ten się odbył, to bowiem bardzo ważne. Dzięki temu z perspektywy czasu widzę, że mąż bardzo to przeżył. Nawiązała się dzięki temu pomiędzy nimi silna więź.  Do dzisiaj, gdy Mała płacze w jego ramionach się uspokaja. Wracając do porodu- podczas operacji zadawałam pytania- czy wszystko w porządku, czy już widzi lekarz dziecko, czy będzie bolało i wiele innych…anestezjolog ciągle przytrzymywał mi głowę, bym jej nie podnosiła, gdyż może to spowodować późniejszy silny ból wraz z wymiotami- na szczęście  nie doświadczyłam go. Po przewiezieniu na salę pooperacyjną zostałam podłączona do kroplówek. Nie czułam bólu, miałam jednak silne dreszcze. Po dwóch godzinach był kryzysowy moment- ścierpnięte i ciężkie nogi. Problem polegał na tym, że nie byłam w stanie ich podnieść by zmienić pozycję. Do momentu próby wstania z łóżka to był jedyny ból, jaki odczuwałam. Po 6 godzinach od operacji wraz z pielęgniarką poszłam pod prysznic- najgorszy prysznic w moim życiu- ból przy wstaniu z łóżka nie do zniesienia- wrażenie, jakby wszystko, co mam w środku się rwało. Nie byłam w stanie się wyprostować. Mycie trwało chwilę, oczywiście z pomocą bo sama nie mogłam nawet podnieść ręki by zdjąć słuchawkę prysznicową. Przebrałam się też wtedy w swoje ubrania. Po powrocie do łóżka w pozycji leżącej ból na szczęście był mniej intensywny. Po dwóch godzinach przeszłam na salę, gdzie ku mojemu ogromnemu szczęściu leżała kobieta z cukrzycą ciążową. Gdyby nie ona Maleństwo musiałoby spać w sali Maluszków, dzięki niej jednak zostało za mną. Jestem Jej dłużniczką. Podawała mi dziecko do karmienia, przewijała, prosiła pielęgniarki o środki przeciwbólowe a co najważniejsze była moim tłumaczem, gdy czegoś nie rozumiałam. Przekazywała też informacje które mówił mi lekarz mojemu mężowi :-D Wszystkim kobietom życzę takiej opieki po porodzie, jaką ja miałam ze strony Ildi jak i personelu. Myślę, że pomógł mi w tym wszystkim fakt, że byłam innej narodowości dlatego każdy chciał wypaść jak najlepiej. Poza tym moim lekarzem prowadzącym był ordynator co również miało ogromne znaczenie. Po 45 dniach od porodu mogę stwierdzić, że nie jest to aż takie straszne jak sobie wyobrażałam. Ból w moim przypadku skończył się po tygodniu- w momencie, gdy zastąpił go inny (dla mnie silniejszy) ból piersi, a szczególnie brodawek- o czym w kolejnym wpisie.
Wszystkim przyszłym Mamom życzę szczęśliwego rozwiązania i samych pięknych dni z Maleństwem. Pozdrawiam serdecznie :-D

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Święta, święta i po świętach…

14 sty

Od ostatniego wpisu duuuuużo się zmieniło… Na szczęście zdążyłam  z przygotowaniami świątecznymi i wystrojem mieszkania. Bliscy przyznali mi rację co do faktu, że prace świąteczne zaczęłam z ogromnym wyprzedzeniem- dzięki temu  po powrocie ze szpitala wszystko było gotowe. Tydzień przed Wigilią zostałam Mamą :-D Gdybym nie przygotowała wszystkiego wcześniej nie byłabym w stanie zrobić tego po powrocie do domu, bowiem narodziny Córeczki skończyły się cesarką i nie byłam na siłach. Na szczęście na święta przyjechali do nas Rodzice i pomogli mi przejść „najgorszy czas” (o czym później napiszę więcej). Podsumowując kolejny raz wyszło mi na dobre wcześniejsze wykonanie prac w myśl zasady „co masz zrobić jutro- zrób zaraz”. O trudnych początkach macierzyństwa napiszę później, teraz chciałam się z Wami podzielić migawkami z mojego świątecznego mieszkania życząc Wam wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Pozdrawiam :-D

 

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przygotowania do świąt, czyli zdążyć przed porodem ;-)

20 lis

Uwielbiam okres przedświąteczny. Przygotowania dekoracji świątecznych, wybór prezentów, choinki, pieczenie ciast, ustalanie menu. Od dziecka czekam na ten okres z niecierpliwością.
W tym roku okres wyczekiwania jest jeszcze bardziej intensywny. Czas świąt zbiegł się bowiem  z terminem mojego planowanego porodu, dlatego już teraz zaczęłam przygotowania, by wszystko było gotowe, gdy wrócę ze szpitala. (Jedynie ubieranie choinki pozostawię Mężowi :-D ) Mam nadzieję jednak, że uda mi się przeczekać z narodzinami Córeczki do Nowego Roku, jeśli jednak tak się nie stanie będzie to dla mnie najpiękniejszy prezent w życiu :-D
Pierwsze świąteczne przygotowania rozpoczęłam od własnoręcznych ozdób (szydełkowanie, klejenie, szycie). Długo zabierałam się do tej pracy. Wydawało mi się to nie na moje siły i zdolności ;-). Dziś przekonałam się jednak, że nie jest to takie trudne i skomplikowane. Niestety jednak pracochłonne. Nie dziwię się, że własnoręcznie wykonane ozdoby są drogie. Jest w nie włożone tyle pracy i przede wszystkim serca.  Ozdobami, które dziś wykonałam zdołałam udekorować jedynie girlandę wokół lustra, a planowałam również okno ;-) Być może zrobię kolejne podejście do szydełkowania, puki co skupiam się na tym, co daje szybki i widoczny efekt. Wykonałam więc  stroik na drzwi wejściowe i  stroik adwentowy. Tu na Węgrzech ma on szczególne znaczenie. Muszę tylko dokupić do niego nowe świece. To dopiero początek dekoracji a już w domu zapanowała wyjątkowa atmosfera. Magiczny czas.
Życzę Wam owocnych przygotowań i ciekawych pomysłów, którymi mam nadzieję podzielicie się z nami :-D Zapraszam do obejrzenia owoców mojej pracy.
Pozdrawiam serdecznie:-D

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Powrót w odmiennym stanie :-D

01 lis

Nawet nie wiem od czego zacząć… tyle czasu mnie nie było, tyle się zmieniło i w domu i w życiu. Postaram się nadrobić zaległości, jednak zanim to nastąpi pragnę podać powód mojej nieobecności- mianowicie- zostanę  100 % MAMĄ. Jestem w 8 miesiącu błogosławionego stanu- dokładnie tyle ile wynosi moja przerwa w pisaniu bloga. Początki ciąży były bardzo męczące- miałam bowiem wszystkie uciążliwe objawy ciąży. Nie miałam nawet sił by otworzyć komputer. Na szczęście jednak z czasem wszystko ustąpiło i mogę się cieszyć z oczekiwania na  Maleństwo. W związku z tym zmiany- nowy pokój dla Dziadziusia- Dziewczynki, kilka zmian w domu w celu „ułatwienia życia”, gdy narodzi się Córcia oraz metamorfozy w ogrodzie. Lekarz nie zabronił mi wykonywania dotychczasowych obowiązków, dlatego nie zrezygnowałam również z pracy na świeżym powietrzu, tym bardziej, że sprawia mi to ogromną radość. 8 miesięcy zleciało nie wiem kiedy… nie zdążyłam nacieszyć się letnim ogrodem a tu już jesień. Może dlatego, że okres urlopowy spędziliśmy poza domem. Czas jednak przygotować się do zimy. Po pierwszych przymrozkach postanowiłam uporządkować ogród- wykopać dalie, przekopać warzywniak (Mąż oczywiście), posadzić cebulki kwiatów, maliny, drzewa owocowe i uprzątnąć zwiędłe rośliny oraz liście. Ostatnia czynność potrwa jeszcze jakiś czas, gdyż mamy piękną jesień i jeszcze nie wszystkie liście spadły z drzew. Pozostałe prace wolę wykonać wcześniej, bowiem z każdym dniem będzie mi coraz ciężej ;-)
IMG_2858

IMG_2862

Na drzewie pomidorowym sezon w pełni- codziennie świeża dostawa pomidorków. Puki co ujemne temperatury nie wpłynęły niekorzystnie na roślinę. Mam nadzieję, że smakiem domowych świeżych pomidorów będziemy się cieszyć jak najdłużej :-D

IMG_2863

Gdzie pies w ogrodzie tam i oczywiście mnóstwo niespodzianek… Niewątpliwie jedną z nich są kości porozrzucane po całym ogrodzie- wolę jednak taki widok niż rozrzuconą ziemię w miejscu kwiatów, gdzie zakopane są skarby psa;-)

IMG_2868

IMG_2877

IMG_2880

IMG_2881

IMG_2884

IMG_2887

IMG_2888

Niewątpliwie największa dekoracja ogrodu- PIES:-D

IMG_2894

IMG_2906

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W poszukiwaniu wiosny

20 lut

Za oknem wiosna, wybrałam się więc z najmłodszym członkiem rodziny- pięciomiesięcznym berneńczykiem na spacer.

IMG_7788Dotychczas za oknem panowała ujemna temperatura- tym bardziej moje zdziwienie było ogromne, gdy w miejscu, gdzie zawsze rosła rabata kwiatów jest teraz istne pobojowisko :-(

IMG_7809

Mój mąż stwierdził jednak, że największą dekoracją ogrodu jest pies- postanowiłam więc poczekać do wiosny i nie podejmować pochopnych decyzji- mam nadzieję, że wszystkie zdeptane cebulki ożyją i zakwitną wiosną, a psiunia nie spotka kojec.
Mamy luty a w ogrodzie- ku mojemu zdziwieniu wszystko budzi się do życia. IMG_7844

IMG_7848

IMG_7826

Jutro będę musiała zabezpieczyć młode roślinki przed ewentualnymi przymrozkami i czworo- łapnym przyjacielem.
Puki co mój piesek bardzo się zmęczył długim spacerem i odpoczywa. Mam chwilową pewność, że rośliny są bezpieczne ;-)
IMG_7835
IMG_7836

IMG_7855

Pora na sen. Ja również życzę wszystkim Blogowiczkom spokojnej nocy i kolorowych snów.
Dobranoc:-D

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii